22.12.2014

Światełka wiszą, podłogi umyte...

... z pewnością nie po raz ostatni, ... ale co tam. Na bok odkładam wszelkie obowiązki, siedzę z wieczorną herbatą...i koniecznie dziś, właśnie teraz, choć pracy pewnie mam dużo, choć zdjęcia żadnego dobrego ku tej okazji nie przygotowałam, naszła mnie ochota na to, aby koniecznie, w tej chwili podziękować i poskładać.:) Dziękuję za czas spędzony ze mną i za każde słowo skreślone do mnie, za odwiedziny, obserwacje, rady i za to, co dzieje się w tym miejscu, jak i poza nim.  Życzę Wam dobrych Świąt. Takich, jakie chcecie, jakie sobie wymyśliliście, zaplanowaliście, po prostu "Waszych". Zmykam na kilka dni i choć chciałabym zajrzeć na Wasze stoły i pooglądać Wasze choinki, to jednak daję sobie czas na oddech przedświąteczny. Czas na bycie z moimi łobuzami. Wrócę po Świętach.:) Do następnego.:)

Dobrych i spokojnych Świąt, Kochani!!!

20.12.2014

Świąteczny stroik.

Odpuszczam sobie realizację skomplikowanych pomysłów. Kolorowy misz - masz toleruję tylko na choince i w tym momencie przyznam ze skruchą, że gości ona u nas już od dwóch tygodni.:) Sztuczna, oczywiście.:) Zapach świeżych gałązek, to jednak coś, co chciałam poczuć w te święta. Trochę naturalności, prostoty i powrotu do przeszłości, bo świeże gałązki w takiej postaci pojawiały się w moim domu rodzinnym, odkąd sięgam pamięcią. Przypomniała mi o tym i natchnęła do pracy Anna, dzięki swojemu blogowemu wpisowi.:) 
 
  
 

Przepis na wykonanie w moim wydaniu - nie wyszukany: pachnące gałązki, nie potrzebne, porysowane, a więc ocalone przed śmietnikiem szklane naczynie, uszkodzony szklany sopel, który niestety już nigdy nie zawiśnie, świeczka, kilka szyszek, papierowe gwiazdki oraz gąbka florystyczna. Powtykać. Wyeksponować. Cieszyć oko nie komercyjnym, pozbawionym plastikowego blasku samorodkiem.:) 
 
 
Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za odwiedziny.:)  

15.12.2014

Grudnik w grudniu nie zakwitnie...

Jak Wasze przygotowania przedświąteczne? U nas z dużą dawką spokoju, humoru i luzu...tym razem. Na pierniczki w tym roku dałam sobie szlaban. Po pierwsze - nie wychodzą. Nawet te przepisy sprawdzone i których niby "nie da się spartaczyć", ja jestem w stanie położyć. Po drugie, ujawniła nam się alergia na miód - trudno. Piekę za to nałogowo wraz z dzieciakami ciasteczka maślane,... a po takich eksperymentach kuchnia na nowo potrzebuje generalnych porządków. :) Powoli dekoruję mieszkanie akcentami świątecznymi, choć raczej naturę mam taką, że nie będzie przesytu. Mąż sprawił mi sezonową roślinę - grudnik. To już "któryś-tam" egzemplarz od niego. Nasza świąteczna tradycja, chyba. Grudniki od kilku lat jednak nie zakwitają, tzn. pojawiają się pączki, które szybko opadają. W tym roku dostałam więc kwitnący już egzemplarz, z mnóstwem zalążków obiecujących bujne kwiecie...



I jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach moim oczom ukazał się taki oto widok ? :
  

Jak mogłam nie wpaść na to, przez tych kilka lat..., że to nie "opadające" tylko "oberwane" pączki? Grudnik więc w grudniu nie zakwitnie... - taka nasza tradycja.
A kalendarz adwentowy zawisł, bo paczuszki znikały w tempie obrywanych pączków kwiatów. :) 


Ściskam i życzę Wam dobrego tygodnia, 
oraz radości z przygotowań, bez niepotrzebnych stresów i spięć.:)  



08.12.2014

Kalendarz adwentowy i zdobycz.

Pokusiłam się o kolejne DIY i mam mały dylemat. Jest w moim stylu, podoba mi się, zrobiony tak, jak lubię - właściwie z niczego: resztki czarnego brystolu obszyte maszyną do szycia, w środku słodkie drobiazgi, całość przewiązana srebrną nitką - prosto, ... ale "zawsze coś, zawsze ... coś" - drukarka nawaliła. Za numerki posłużyły więc powycinane z folderów reklamowych i jakiegoś czasopisma numery stron. No i tak..., mogłoby być idealnie...może w przyszłym roku tak będzie, a może po prostu muszę wziąć na klatę to, że ideałem nigdy nie byłam, nie będę, tak więc to co spod moich rąk wychodzi nie może mieć znamion czegoś innego.:) 
  
Przy okazji prezentuję kolejną zdobycz - przeźroczystą paterę szklaną w formie liścia - 3 zł. Wspominałam już, że szalenie lubię takie zakupy.:) Prawdopodobnie paczuszki zawieszę jutro na karniszu, tak jak w poprzednim roku, bo obecna forma jest zbyt dostępna i dziwnym trafem zaginęły dziś trzy sztuki ? :)
 

 Tak natomiast wyglądał kalendarz adwentowy w poprzednim roku.
Życzę Wam dobrego tygodnia.


05.12.2014

Ramki po metamorfozie.


Witam w grudniu! Nasze czekanie na śnieg przedłuża się... czekamy, czekamy, czekamy... próbujemy sobie urozmaicić czas, piekąc całkiem "zjadliwe" ciasteczka (nie pierniczki - bo te za nic nie chcą nam wyjść) i oprószając je cukrem pudrem (bo zawsze to jakaś namiastka śniegu). :) Szarość za oknem powoduje, że białe ściany też szaro wypadają, skoro jednak obiecałam widok ramek po metamorfozie, to: voilà. Zawartość jeszcze nie kompletna, nie ostateczna, ale...jakoś tak...każda zmiana cieszy. Odrapane do granic możliwości ramki potraktowane zostały znalezioną resztką farby tablicowej i znalazły swoje miejsce na ścianie w kuchni.
 

Na deser trochę koloru i światła, które wpadły do nas wczoraj na, dosłownie, 10 minut.:) Niemalże nogi połamałam biegnąc po aparat i nie ukrywam, że z tego niezwykłego poruszenia wynika krzywizna ujęć. ;) :)


 Pozdrawiam Was serdecznie stali i nowi czytelnicy! :) Życzę udanego weekendu.:)

28.11.2014

Czekając na śnieg.

Ciemne dni. Niebo przysłonięte gęstmi chmurami obiecuje, że wkrótce pojawią się pierwsze płatki śniegu. Tegoroczna jesień to małe noski przyklejone do szyby i czekanie ... na śnieg. I długie rozmowy o wszystkim: o wietrze, światełkach, starości i młodości, o tym gdzie kończy się Wrocław, o tym jakie ciasteczka upieczemy, o tym czy św. Mikołaj nie zapomni o nas...:) O nich na pewno nie zapomni.:)
I pomiędzy długimi rozmowami, jak bumerang powraca pytanie: "Kiedy ten śnieg spadnie"?
Litości,  opony zimowe są jeszcze schowane w garażu, ponad 100 km od nas. Potrzebuję ...chwili.:) 



Tak wygląda dach sąsiedniego, bliźniaczego budynku. Beton, dziwne rury i dym unoszący się nad kominami... Lubię takie miejsca. Kiedy patrzę na to zdjęcie zastanawiam się, jak to się stało, że mieszkając na ostatniej kondygnacji, na ten dach jeszcze nie weszłam ?:) 


Życzę Wam udanego odpoczynku. :) Do następnego.:) 

21.11.2014

Miseczka z SH.

Chwila radości i zapomnienia? Zakupy, oczywiście. W okresie przedświątecznym, wprawdzie staram się nie odwiedzać sklepów, aby nie poddać wszechobecnemu szaleństwu... Lista "zachciewajek" wydłuża się w nieskończoność, ale i tak w tym roku pod choinką chciałabym znaleźć jeden praktyczny, ciepły prezent, dzięki któremu przeżyjemy, a może powinnam napisać - prześpimy zimowe miesiące. Dlatego bezpieczniej było zajrzeć do miejsca, które nie nadszarpnie kieszeni w razie kryzysu. I... mam nową miseczkę! Całe 2 zł. :)  Nie jest może w klimacie jesienno-zimowym, niezbyt dobrze uchwyciłam kolor - przez pochmurny, smutny dzień, ... ale skutecznie poprawiłam sobie humor tym drobiazgiem. :):):)


Miseczka z SH, bieżnik - Ikea, a gdzieś tam w tle ślad swojej obecności zaznaczyli chłopcy pozostawiając na talerzu resztki jesieni w postaci kasztanów i liści. :)
  
 Pozdrawiam i życzę dobrego weekendu. :)

11.11.2014

Rzeczy niedokończone i prawie skończone.

Lista rzeczy nierozpoczętych lub niedokończonych wydłuża się. Pokój dziecięcy czeka na przemianę, dodatkowe miejsce przechowywania w ciasnej łazience samo się nie zorganizuje, ściana w kuchni świeci pustką itd. Czasem tak ciężko zabrać się do najprostszych rzeczy. A jednak sukces! Tym razem się udało. Obtłuczone i poprzecierane ramki doczekały się metamorfozy w momencie, gdy nastąpiło zagrożenie, że w kosmos polecą wykopane przez męża, albo w najlepszym przypadku do piwnicy. Piwnica jest u nas przejściowym miejscem magazynowania rzeczy, które i tak znajdą się w śmietniku ... więc zagrożenie, jak najbardziej, było realne. Poprzednia moja realizacja przemiany starej rzeczy - bardziej spektakularna trwała dłuuuugo. Teraz było podobnie, ale do pełni szczęścia brakuje mi pomysłu w jakiej konfiguracji przemienione czarną farbą ramki rozwiesić, tak więc ich pełną krasę pokażę, kiedy prawie skończona czynność nabierze mocy urzędowej i zawiśnie w docelowym miejscu - w kuchni. Tymczasem prezentuję malownicze zdjęcia sprzed przemiany.:) Pozdrawiam Was ciepło!!!



31.10.2014

Bez tytułu.

Nie jestem entuzjastką Halloween. Samo odwołanie się do symboliki celtyckiego obrzędu może jest zrozumiałe, ale dziś już chyba zupełnie nieczytelne?  Nieee, nie potępiam. W końcu mam dzieci i prawdopodobnie już wkrótce sama będę z nimi dobrowolnie wyszarpywać wnętrze dyni. Zresztą..., nie tylko znakiem naszych czasów jest próba oswojenia, strywializowania tego, co straszne i niepojęte. Jednak bardziej romantyczny i bliski naszemu klimatowi wydaje się zapomniany nieco zwyczaj Dziadów, tak też zawsze bardziej dla mnie przemawiające były historyczne przedstawienia Dance macabre, nieodzownie odnoszące się i równocześnie mające swe źródło w Memento mori. Bliższy memu sercu jest też, od Święta pierwszego listopada, Dzień zaduszny - będący dniem pamięci, wspomnień i obracania w dłoni pożółkłych fotografii... Nie będę więc Wam życzyła na koniec "Happy Halloween", ale spokoju, chwili zadumy i dobrych, miłych wspomnień...

P.S. Próbuję ratować (w sensie - przezimować) szczepki pelargonii z balkonu. W poprzednim roku nie udało się, więc tym bardziej zaciskam kciuki. Kwiat po prawej jest własnoręcznie posadzony przez syna na zajęciach w przedszkolu (jestem dumna), główka Lego z kącika dziecięcego, jakoś wpisała się w wszechobecny klimat... a reszta już Wam znana. :)  


16.10.2014

Nuda w szafie.

Porządki jesienne sprawiły, że nastąpiło ostatecznie rozstanie z częścią zbędnych rzeczy - nie używanych, nie wyciąganych na światło dzienne, a z osobistych - tych, których nie miałam na sobie od "ho ho ho" czasu... I coś tu nie gra...bo w końcu mój ulubiony kolor - czerwony. Dalej szary i czarny, ale przy twarzy zawsze miło było w kobaltowym, ciemnym nasyconym różu, wrzosowym... Jak więc do tego doszło...? W ciągu ostatnich pięciu lat sukcesywnie pozbywałam się rzeczy pozbywając się równocześnie nadziei, na powrót do rozmiaru sprzed lat dziecięciu.:) Tak z szafy wylatywał kolor po kolorze. Teraz za to, widzę u siebie tendencję, do pozostawiania tego co za duże, jak na moją posturę: luźne sukienki z młodzieńczych czasów mamy, olbrzymie torbiszcze, grube sploty swetrów, obszerne kominy i wielgaaachny, ciepły szalik z SH (7 zł - ostatnia zdobycz). Opatulenie szyi czymś miłym może być tzw. "uprzyjemniaczem" jesiennych, chłodnych poranków, kiedy nie mamy możliwości pozostania pod kocem.;) Dla mnie takie ciepłe, obszerne coś, to mała, ale jednak zawsze - pociecha.;)

Kawałek wnętrza szafy - niezbyt wnętrzarski temat w moim wydaniu. :) Kawałek, bo przestrzeń dzielona z rzeczami męża, a na wyższych pólkach - z pstrokatymi pudłami dzieci (ubranka starszego dla młodszego). :) Tam dalej, za drzwiami ukryłam trochę jagodowego i błękitnego koloru.:) 


Lubicie jesienne porządki? To przekładanie rzeczy sezonowych z pudeł na półki i wieszaki i odwrotnie? Przyznam szczerze, że najtrudniej zabrać się do roboty, ale dobrze mi robi przepatrzenie tego, co ukryłam w kartonach na pół roku. Przynajmniej na jakiś czas odechciewa się zakupów. ;) Miłego i słonecznego dnia !!! Dzisiejszy nie okazał się najlepszy przy robieniu zdjęć, ... trudno. ;) 

08.10.2014

A miało być szaro...:)

Miał być wpis o niczym ważnym. O szarzyźnie, codzienności. O trudnych pobudkach, wycieraniu zakatarzonych nosów, braku pomysłów na zdrowe obiady itd. Szarzyzna miała uzewnętrznić się w postaci krótkiego tekstu w niedzielę wieczorem lub poniedziałek rano, ale zanim zabrałam się do pisania, odwiedziłam kilka miejsc w sieci i uświadomiłam sobie, że mogę podziękować losowi za to, że mam komu te nosy wycierać, iść z kimś na długi spacer pod tytułem: poszukiwanie kasztanów, a mężowi za to, że mamy co do gara włożyć. Cała szarzyzna odleciała gdzieś daleko, tekst który miałam "w myślach zapisany" szybko wykasowałam, bo w końcu to małe sprawy budują codzienność i od nas zależy postrzeganie tych małych spraw ...  



... dlatego dziękuję Wam za miejsca które tworzycie i w których mam możliwość wtrącenia swoich przysłowiowych "trzech groszy",  jak również za każde Wasze kliknięcie w ten adres i pozostawienie komentarza. :)


Na koniec nieskromnie pochwalę się wyróżnieniem, które otrzymałam podejmując wyzwanie postawione przez Karolinę z bloga Żyj-Kochaj-Twórz. (Wyróżnienie za zdjęcie z wpisu o szkłach) Miło znaleźć inspirujące miejsce, dzięki któremu można się czegoś nauczyć, ... miło zostać docenionym ... Tak, ... powtórzę po raz kolejny: blogowanie jest fajne! Do następnego!  


26.09.2014

Koc z Biedronki.

Każda pora roku ma swój urok i swoje wymagania, jednak jesienią zawsze trudniej, tęskniej... Banał. A jednak... Nie to, abym przed melancholią się broniła, czy ignorowała objawy spowolnienia organizmu. Nie, to zupełnie nie to. Raczej nieprzewidywalność jesieni może powodować rozdrażnienie i zwłaszcza, a może tym bardziej, wtedy, gdy jesteśmy z natury roztrzepani, wymagamy przynajmniej wokół siebie jakiejś stabilności i równowagi. U mnie tak właśnie jest. I nie bardzo rozumiem co np. oznacza temperatura 11 stopni? Ciepło to czy zimno? Płaszcz włożyć czy tylko sweter? Czapka na głowę, czy parasol do torby - bo chmurę ciemną wiatr po niebie goni? 



Tak czy inaczej, przychodzi jednak pora na to, aby w zaciszu domowym owinąć się czymś miłym, ciepłym, najlepiej włóczkowym. Miałam dużą ochotę na gruby splot. Ten jest cienki, ale za to przyjemny w dotyku. Ręka do góry, kto dorwał koc z Biedronki? Wzięłam szary, choć kolor nieco rozczarował mnie i jest bardziej... ciemno-szary. (Na zdjęciu powyżej promienie słoneczne rozświetliły go tak, jak chciałabym aby wyglądał.) Kolor musztardowy, na który miałam zresztą większą ochotę, był dla mnie natomiast zbliżony do brązu... Szkoda. P.S. Nie jestem opłacaną ambasadorką Biedrony, ale rzeczywiście tak się złożyło, że drugi wpis z rzędu coś z tego dyskontu prezentuję. ;)



Ślicznie dziękuję Wam wszystkim za wypowiedzenie się w kwestii parowania/ nie parowania zdjęć. Postawię na jedną szerokość fotografii i niekiedy parowanie z minimalną przerwą między zdjęciami, tak jak na drugim przykładzie...no...może ciut większą - jeśli kontrastu nie będzie. ;) 
Miłego, słonecznego weekendu!!!

20.09.2014

Bomboniery i klosze

Walczymy z wirusami - stąd dłuższa nieobecność na blogu. Powinnam w tej chwili otulić się kołdrą i przymknąć oczy, skoro od dwóch godzin dane mi słyszeć spokojne oddechy śpiących chłopców...dlatego dziś zdjęcia wykonane wcześniej w skupieniu, ale za to z pośpiesznie popełnianym wieczorowym tekstem (choć pora publikacji akurat tutaj jest standardem)... Ponownie uśmiecham się do szkieł. Za każdym razem, kiedy prezentuję byle pierdółkę z mojej ulubionej materii - powtarzam do znudzenia, że uwielbiam, drżę o kruchość, delikatność i wydałabym duuużo na coś co cieszy moje oko... I kiedyś, kiedy była ku temu okazja i praca bardziej sprzyjająca obcowaniu z rękodziełem, tak było. Obecnie wychodzi ze mnie natura dusigrosza...a może po prostu nastąpiła weryfikacja i porządne buty czy książka dla dziecka wygrywają z zamiłowaniem do szklanych przeźroczystości? Klosz z ptaszkiem - prezent od uroczej marzycielki Oli, prezentowałam już wcześniej. Bardzo go lubię.:)  Mój ostatni nabytek, to spora bomboniera znaleziona w sklepie z tzw. "mydłem i powidłem" za 24 zł., natomiast dwie małe, to zdobycze z kosza wyprzedażowego Biedrony - 4,99 zł sztuka. Zawartością są wakacyjne wspomnienia. Pastel z łódką i srebrną ramę mam z wymiany. Coś nadal brak u mnie jesiennego klimatu, prawda?




Wiecznie walcząca z oprawą fotograficzną mojego miejsca w sieci i raczej skrępowana swoimi poczynaniami, po raz pierwszy biorę udział w "Wyzwaniu fotograficznym" - aby się zmobilizować i może czegoś nauczyć. Szczegóły na blogu Karoliny, a baner z linkiem odsyłającym umieszczam w zakładce z boku. :)


Swoją drogą Kochani czytelnicy poproszę Was o podpowiedzi i będę bardzo wdzięczna za sugestie, czy tzw. "sparowanie zdjęć" widoczne powyżej to lepsza opcja i pasuje tu lepiej, czy też powrócić do wyglądu, jak kilka postów niżej.? Na przykład tu.Pozdrawiam ciepło!!! Do następnego!

06.09.2014

DIY. T-shirt dla dziecka.

Mam słabość do białych t-shirtów. Śnieżnobiałych i gładkich, bez zbędnych aplikacji. Uparcie ubieram też w nie dzieci. Choć  może to nie najlepszy pomysł, wychodzę z założenia, że nie ma co się "spinać", a proszki są dobre. Białe t-shirty kupuję zwykle dla chłopaków hurtowo, za maksymalnie 8 zł sztuka: w Dekathlonie, dyskontach lub na wyprzedażach w sieciówkach. Kilka z nich ulepszyłam jednak nieco i potraktowałam pastelami do tkanin zdobytymi również w dyskoncie za 9,90 zł. Fajna sprawa i zabawa - wystarczy narysować i zaprasować. Powstały trzy niezbyt finezyjne sztuki: z rozmazanym wąsem, chmurą, i moja ulubiona - dla łobuza z wersją włączenia go gdy się zawiesi, zapałzowania gdy się zbyt rozkręca oraz wyłącznikiem - który jakoś nigdy nie zadziałał.:) 

 

W planach jest stworzenie przez chłopaków własnoręcznie pomazanej koszulki... myślę, że tutaj "będzie się działo"...  Reszta sztuk zostanie zachowana w wersji nie zmienionej - śnieżnobiałej... do pierwszego łyka soku, pierwszego kontaktu z kałużą, itd... No ale, w końcu mamy dobre proszki.;)  



  Życzymy Wam słonecznego weekendu!!! Buźka!



29.08.2014

Jak zawsze do tyłu...

... z informacjami na temat aktualności politycznych, z opanowaniem podstaw technicznych... Pewne problemy omijam świadomie, ze strachu lub starając się czerpać radość z obecności "tu i teraz", inne sprawy pomijają mnie jakoś same. Nawet jeśli wydawało mi się, że kilka tematów bardzo mnie interesujących na bieżąco ogarniam, to odkąd pojawiły się dzieci,...aj...znowu do tyłu...
Przekorne do tego ze mnie stworzenie, więc nie dość, że nie ogarniam, to nie widząc szans na poprawę swojej sytuacji, buntuję się przeciw temu, że wypadałoby się postarać. Nawet prowadząc bloga, czasem chciałoby się postać chwilę w miejscu i nie wychodzić przed szereg, a pocieszyć chwilę stanem obecnym, skoro jest w miarę przyjemny.

Lato jest przyjemne, ... a ja, jak zawsze do tyłu... Nie bardzo odpowiada mi perspektywa przywitania się z jesienią śladem blogowych koleżanek. Nie chcę! Protestuję! Nie dam się! Wyciągam rozbrykane towarzystwo na trzy spacery dziennie...choć można by powiedzieć, że raczej zaganiam je do czterech ścian w porach posiłków. Jest jeszcze tak pięknie, soczyście - zielono, w końcu cieplutko, a już nie duszno... Pocieszmy się latem, tym astronomicznym chociaż. Na znak protestu - pelargonie z balkonu, których nie mam zamiaru chować dopóki mróz ich nie zetnie. Tutaj byłam do tyłu, bo dopiero w połowie czerwca prezentowałam odrobinę zieleni, teraz też nie będzie inaczej i nie będę jedną z pierwszych, które wrzosy wniosą we wrześniu na salony. Biorąc pod uwagę wrodzoną opieszałość i realnie oceniając swoje możliwości, to październik może przynieść mi wrzos do domu (o ile jakiś jeszcze się uchowa). Jutro pędzimy na wycieczkę, a od pierwszego, zaraz po przedszkolu hasamy, dopóki głód nas nie wpędzi na nasze czwarte piętro.:)






Krzesło nie na balkonie, a wewnątrz, bo łobuzeria tylko czeka, aby na nie śmignąć. Tak więc siedzisko na wysokościach - u nas tylko przy wieczornej herbacie - po godzinie 20.00, a balkon otwarty tylko wtedy, kiedy mama nie zaprząta sobie głowy fotografowaniem i ma wolne ręce.  Miłego weekendu!!!

25.08.2014

Tchibo - papierowy łańcuch świetlny led.


Dochodzę do wniosku, że zbyt rzadko pobłażam sobie i pozwalam na drobne przyjemności. Kupuję do domu mało. Może po prostu dojrzewam i bardziej racjonalnie podchodzę do tego, co tak na prawdę jest mi potrzebne...? Blogowanie chyba jest tu lekarstwem na zachowanie równowagi między tym co chce się mieć, a tym, na co faktycznie można sobie pozwolić. Sama do końca nie chcę się ustosunkować do tego, czy zachłanność na posiadanie rzeczy pięknych jest dobrem, czy nie. Nie - bo może (choć nie musi) ograniczać i "zaślepiać". Tak - bo jednak staje się motywacją do pozytywnych działań, rozwijania zainteresowań i daje po prostu zwyczajną, prostą, spontaniczną radość...Wychowana, a raczej wyedukowana w duchu tego, że oryginał jest najlepszy, a posiadanie słabej jakości reprodukcji, czy kiczowatych wytworów własnych jest "fe" - śmieję się dziś do siebie. Wiedząc, że na mojej ścianie nigdy nie zawiśnie arcydzieło, przypadkowo pozbawiona zostałam chęci posiadania za wszelką cenę, a samą przyjemnością stał się kontakt z artefaktem w galerii, muzeum (lub reprodukcją w książce chociaż. :)) Być może działa tu też zasada, aby próbować wyczerpać temat, opatrzyć się...to może się zbrzydnie...?  

Przenosząc temat na podwórko blogowe. Jakiś czas temu, przeglądając blogi wnętrzarskie przyśnił mi się surowy sznur lampek House Doctor - TAKI. Nie pomagało "opatrzenie się z tematem". Tymczasem: dziecko wyrosło z fotelika samochodowego, zamarzyło o Lego, pralka ledwie zipie a OC samo się nie zapłaci. Życie zweryfikowało prawdziwe potrzeby, a w konkursach wszelakich sznur jakoś nie chciał się wygrać.:) Postanowiłam więc "nie posiadać za wszelką cenę"  i skierowałam oczy na nieco tańsze Cotton Balls. Upłynęło dużo wody w rzece, i wiele inspirujących fotografii blogowych przewinęło się przez pulpit mojego komputera, a decyzja o wyborze odcieni kuleczek wciąż nie zapadała. Pewnego dnia stwierdziłam w końcu, że "temat mi się przejadł" i najbardziej odpowiadałyby mi całe białe... 

Gdy zbliżył się dzień moich urodzin, zdarzyły się jednak przeceny w Tchibo... "Pach" - kliknięte coś zupełnie innego - girlanda papierowa ...  Początkowo duma, że kupuję tak rzadko dla własnej przyjemności, a udało się nawet taniej. A potem zastanowienie... girlanda chyba gdzieś widziana wcześniej...  Może podobna do innych światełek Moon House Doctor - które widziałam tutututaj? Podróba czy tylko inspiracja?... Trudno, ze skruchą muszę stwierdzić, że temat więc jednak widziałam a nie zdążyłam "opatrzyć się",... tak więc mam namiastkę za całe 49 zł .:) Girlanda Tchibo dołączyła do ścianki, której kilka lat temu tylko wstydziłabym się (bo wydawało mi się, że nie wypada) , a do której dziś się uśmiecham (choć czasem są przebłyski, że może trochę wstyd i nie wypada).

Tymczasowe towarzystwo girlandy Tchibo to : 
dewocjonalia - pamiątka ze chrztu, 
fotografia naszego dziecięcia - zupełnie niedobra, aczkowiek dla mnie ckliwa, 
moja DUMA - oryginał Jerzy Nowosielski (prezent ślubny od przyjaciół), 
dalej trochę wstydu - bo jednak reprodukcja, czyli zdjęcie z "popełnionej" dawno temu pracy o ciekawym rysowniku Tadeuszu Kulisiewiczu
i obciach totalny - grucha - kiczowaty wytwór mojego autorstwa. :)

Na koniec zamęczę zdjęciami girlandy, która jednak trochę nieskromnie mi się podoba. 

W południe:




O zmierzchu:


Wieczorem:
 


P.S. Popełniam ostatnio dłuższe teksty, co może jest męczące. Obiecuję poprawę. 
Na pewno będzie już lżej i krócej. Na pewno w poniedziałki jest to wskazane.:) 
Pozdrawiam serdecznie!